DROGA DO DOMU CZ. 4

Posted on Updated on

Puste naznaczone bliznami oczodoły psa patrzą się na Ciebie. Widzisz w nich odbicie swojej przeszłości, czarną pustkę, nadziei przepustkę do nieba, które okazało się piekłem wyjącego ogniem żalu płomienia, pozostawiającego po sobie żar złości, Twojej ludzkiej bezsilności niezrozumienia przyczyn i skutków cierpienia.
Czujesz jak narastające przerażenie kłuje Twoje ciało igiełkami strachu. Masz drgawki, tracisz poczucie czasu. Zachrypnięte jęki wydobywają się z gardła, oczy nie nadążają za rytmem tanga poruszających się w tle muzyki wycieraczek, wydających odgłos strudzonych sprzątaczek, zatrudnionych na pół etatu w ZUS.

Obraz staje się zamglony, słyszysz trąbiące klaksony zniecierpliwionych kierowców, śpieszących się do swoich mostów, z których niejeden pewnie spadnie i dla społeczeństwa przepadnie.

Odgłos bębniącego o szybę deszczu i przyśpieszony oddech charczącego szelestu wydychanego powietrza, kieruje rytmem Twojego serca, które bije jak oszalałe. Myślisz: zaraz się wyrwie całe, opuszczając moje zwiędłe ciało, które jak przebity igłą balon całe sflaczało.
Trzęsącymi się rękami próbujesz wrzucić wsteczny bieg, chcesz się cofnąć, uciec z miejsca zdarzenia tak, jak ten pies, który nagle rozpłynął się i znikł. Był, a teraz go nie ma. Twój okrzyk przerażenia, wyrywa się z zaciśniętych ust, budząc z hipnozy zmysły ciała, które Twoje Ego tak zniewala.
Umysł powoli powraca do życia, analizując zapisane przeżycia. Pojawiają się pytania poszukujące rozwiązania, tego niecodziennego zdarzenia, rodem z filmów SF filmowego wydarzenia.
Ciało przerywa milczenie, czujesz narastające pragnienie. Szukasz oazy spełnienia, gdzieś była tu woda natchnienia, zakropiona alkoholem ekscytacji. Dzięki niej wydobywasz z siebie krople kreacji, które potem spadają i same się zadowalają obrazami zapisanych marzeń, przyszłych prawdopodobnych zdarzeń, których nie spełnisz z braku odwagi, bojąc się utraty równowagi w codziennym życiu.
Myślisz: Tak popijam czasami, by podnieść poziom własnej akceptacji i zagłuszyć sumienie, które jest dla mnie niczym więzienie. Tkwiąc za kratami poczucia winy, więdnę niczym niepodlewane rośliny w opuszczonym domu.
Odzywa się w Tobie rozsądek, mówi: sugeruje, że butelka mineralnej była by teraz jak znicz, w Święto Wszystkich zmarłych i nieumarłych.
Odpowiadasz: Teraz potrzebuję lekarstwa, mam dość tego chamstwa i krytyki. Niszczącej swoim słowem burzy, która piorunami strzela, spalając moje oskrzela.
Czujesz, że to głos przeszłości, pełen zazdrości i wyrzutów, wzbudzający znowu poczucie winy z powodu rozpadu rodziny i finansowych kłopotów, w które wpadłeś spełniając nie swoje marzenia, podążając drogą cudzego spełnienia.
Koniec, powiedziałeś do siebie, nie będę wałkował tego w kółko, teraz potrzebuje być jaskółką, popatrzeć z góry na ten labirynt ludzkiej natury, poplątanych korytarzy wiedzy pełnych ciemnych zaułków niewiedzy.
Ruszyłeś z miejsca, jedziesz zastanawiając się dokąd zmierzasz. Postanawiasz nie wkurzać szerszenia i dzwonisz do szefa informując go o wypadku, drobnej kolizji na zawodowym szlaku. On pełen zrozumienia mówi, że jutro masz do odrobienia dzisiejszy dzień. Ty mówisz ok.
Wiesz, że będąc w tym stanie nie będziesz miał brania, a ryby uciekną. Nie ulegną zaczepionym na haczyku przynętom. Wszystko jeszcze raz analizujesz, usiłując zrozumieć to, co przed chwilą zobaczyłeś i doświadczyłeś. Badasz napływające odczucia, lęk potęguje negatywne uczucia, ale gdzieś za jego chmurami dostrzegasz promyki zrozumienia przebijające się przez zasłonę słońca olśnienia. Są jeszcze ulotne, postanawiasz więc poczekać, aż skały emocji rozpuszczą się w wodzie nicości.
Teraz potrzebujesz spokoju, nie rozumiesz jeszcze, że ten znak zaprowadzi Cię na właściwy szlak. Jesteś skołowany i oszołomiony, jak mąż po stracie żony, rozumiem, więc trwam, dla mnie czas nie istnieje, wszystko tu i teraz się dzieje.
Muszę Cię jakoś pobudzić, wybudzić z tego snu uśpienia, iluzji odrętwienia. Nie chcę, byś był martwy za życia, nieświadomy swojego istnienia, bo szkoda mi kolejnego wcielenia.
Widzisz po lewej stronie stację, postanawiasz, że tam spędzisz 15-minutowe wakacje, przy filiżance gorącej kawy, z dodatkiem cukru sławy, o której Twoje ego marzy każdego dnia.
Podjeżdżasz na parking, gasisz silnik, otwierasz drzwi, gdy nagle z boku, z prawej strony pisk hamulców na nowo budzi Twoje demony. Stoisz jak zahipnotyzowany, w zanikającym świetle listopadowego szarego dnia, widzisz starszą Panią na rowerze, trąbiący samochód, który znalazł sposób na ominięcie przeszkody, patrzysz się na nią, a ona odwracając głowę…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s